Krótka historia rodziny Ruczków - w oparciu o wspomnienia Jarosławy Ruczkówny
Ponieważ moje wiadomości o Podbużu biorą się głównie z dzieciństwa, z opowiadań na dobranoc mojej mamy Isi Ruczkówny, nie są zbyt ścisłe i nie mam już ich z kim skonsultować, mogłabym coś pomylić więc nie będę ich pisać. Posiadam historię rodziny spisaną ręką mojej ciotki Jarosławy z domu Ruczkówny, która obecnie mieszka w Kalifornii i jest już w zaawansowanym wieku. Moja ciocia pokrótce pisze tak:
„Jadwiga (Głębocka) Ruczka moja matka (1888-1943) urodziła się w Przemyślu. Dalsze losy toczyły się już w Krakowie. Jadwiga studiowała filozofię, botanikę i chemię. Wyszła za mąż tuż po I wojnie światowej za Aleksandra Ruczkę (dawniej Ruczka-Kulczycki, herbu Sas), którego poznała gdy przychodził jako lekarz do jej matki Bronisławy Głębockiej. Mój ojciec był o 12 lat starszy od matki. W 1919 roku urodziła się ich pierwsza córka Olga w Krakowie. Mój ojciec Aleksander był zamiłowanym myśliwym i nie chciał mieszkać w mieście, więc cała rodzina przeniosła się do Małopolski Wschodniej. Zamieszkaliśmy w Podbużu powiat Drohobycz. W grudniu 1921 urodziłam się ja, druga z kolei ich córka Jarosława. W 1924 roku urodziła się moja młodsza siostra Irena zwana Isią. Ponieważ w Podbużu nie było gimnazjum, a Jadwiga, moja mama nie chciała marnować swoich studiów, w kilka miesięcy potem objęła posadę profesorki gimnazjalnej w niedalekiej Turce nad Stryjem na wschód od Podbuża. Kontakt z Podbużem był bardzo ścisły. Na każde wakacje szkolne, długie czy krótkie przyjeżdżałyśmy do Podbuża. Wybuch wojny zastał nas z wyjątkiem Olgi w Podbużu.
Niemcy byli u nas niedługo. Podpalili rafinerię naftową w Drohobyczu (32 km od nas) i szyby naftowe w Borysławiu (18 km). Łuna tych pożarów rozświetlała noce przez wiele dni. Niemieccy oficerowie często zachodzili do naszego domu, ale nie objawiali żadnych wrogich intencji. Interesowała ich kolekcja broni myśliwskiej mojego ojca. Aż pewnego razu zaaresztowali go i zabrali ze sobą, dokąd? Nie mieliśmy pojęcia. Byliśmy przerażeni, ale nie mogliśmy nic zrobić. Na szczęście wieczorem przywieźli go z powrotem. Opowiadał, że go pytali dlaczego na różnych uroczystościach wygłaszał mowy patriotyczne, był prezesem „Strzelca” itp. Odpowiadał im, że robił to we własnym kraju i dla jego dobra. Mówił płynnie po niemiecku, bo jego matka była Austriaczką z Wiednia. Zostawili ojca w spokoju. Co oni wiedzieli, a my nie, to to, że bardzo wnet przyjdą bolszewicy i „unieszkodliwią” wszystkich wybitnych ludzi. Gdy przyszli zaczęli nas uczyć jak żyć pod „sierpem i młotem”. Cały czas drżeliśmy ze strachu. Niedługo zaczęły się nocne rewizje. Kilku uzbrojonych NKWDzistów przewracało cały dom „do góry nogami” i po kilku godzinach odchodzili. Mieliśmy 5 psów myśliwskich, one były równie przerażone jak my, nie rozumiały co się dzieje. W czasie 13-tej rewizji zaaresztowali mego ojca, było to w nocy w marcu 1940 roku. Nie pozwolili mu się nawet ubrać porządnie, była jeszcze zima (był w kalesonach i koszuli). Na nasze prośby pozwolili mu jednak ubrać długą kurtkę podbitą lisami. Później po latach gdy ojciec odnalazł nas w Kazachstanie, miał jeszcze tę kurtkę, tylko był tak chudy, że prawie zsuwała mu się z ramion. Opowiadał, że gdyby nie ona - zamarzłby na śmierć w obozie. Otóż po aresztowaniu siedział w więzieniu w Drohobyczu, jeszcze po naszym wywiezieniu 13 kwietnia 1940. Olga mieszkała wówczas w Borysławiu i podała mu raz paczkę. Wiem, że miał rozprawę sądową taką „lipną” jak wszystkie inne. Oskarżony był o szpiegostwo (dla kogo - to nie było sprecyzowane). Gdy kazano mu podpisać przyznanie się do winy - odmówił. Na to wściekła prokuratorka rzuciła w niego kałamarzem, który na szczęście nie rozbił się i tylko atrament poplamił mu twarz i ubranie. Te wiadomości mam od dr Strzeleckiego, z którym tatuś siedział w Starobielsku. Ja spotkałam go już po amnestii w marcu 1942 w Kermine (Uzbekistan), które z uwagi na tysięczne ofiary tyfusu plamistego zostało nazwane Doliną Śmierci. Po Starobielsku „przeniesiono” ich do obozu na Uralu, rejon Iwdel, obłasć Swierdłowsk. Ojciec nie wiedział co się dzieje z nami i na odwrót. Gdy pozwolono więźniom wysłać list (raz w roku) - napisał do naszej gosposi (Ukrainki) od wielu lat w Podbużu. W owym czasie ona już miała kontakt z nami, więc uświadomiła ojca o naszym losie i podała mu nasz adres w Kazachstanie (Aktiubińska obłość). Dostaliśmy od niego jeden list pisany ołówkiem. List ten mam do dzisiaj. Dzięki temu, że ojciec miał nasz adres, później, po uwolnieniu z obozu wiedział mniej więcej gdzie nas szukać. Nas wywieźli - mamę, Isię i mnie - 13 kwietnia. Jechaliśmy 13 dni w zaplombowanych wagonach, w których w połowie wysokości były półki po obu stronach. W naszym wagonie było 53 osoby, a wagonów było wiele. Dojechaliśmy do Kazachstanu. Tam nas ciężarówkami rozwieźli po kazachskich kołchozach, na roboty. Było „chłodno i głodno”. Gdy Niemcy zaatakowali ZSRR Generał Sikorski, głowa rządu polskiego w Londynie, zawarł umowę ze Stalinem, że wszyscy uwięzieni Polacy w ZSRR będą zwolnieni i utworzą Armię Polską na terenie Związku Radzieckiego i będą u ich boku walczyli z Niemcami. Wszyscy byli więźniowie z północy wyjechali na południe. Mój ojciec wiedząc gdzie mniej-więcej jesteśmy wyruszył z nimi.
Dzięki przypadkowi, który można by nazwać cudem, odszukał nas. Mój ojciec zmarł w grudniu 1945 „w domu”, to znaczy na łonie rodziny (mama i Isia) na wygnaniu. Przyczyną śmierci ojca była daleko posunięta gruźlica płuc. W maju 1946 na tzw. „wyzew” (od ciotek w Krakowie) pozwolono mojej mamie i siostrze Isi wyjechać z ZSRR do Krakowa. Ja byłam wówczas w Anglii. Adres mój mama dostała przez Czerwony Krzyż. Przynaglała mnie do powrotu do Polski. Mamusia po tych sześciu latach wygnania wyglądała jak mumia egipska, ale po pewnym czasie przyszła trochę „do siebie”. Żyła cicho i ubogo, jak Matka Boska po wniebowstąpieniu Pana Jezusa. Po kilku latach umarła na masywny wylew krwi do mózgu. Stało się to wiosną 1953 r.
Przypominając sobie to wszystko przyszło mi na myśl, że powinnam to napisać, bo inaczej pójdzie w zapomnienie. Nasza mama w Kazachstanie mówiła nam - Irusi i mnie - pamiętajcie to wszystko i opowiedzcie światu, żeby chociaż w ten sposób był jakiś pożytek z naszego cierpienia. Pomna na to gdy tylko znalazłam się poza granicami ZSRR. Zaczęłam się intensywnie uczyć j. angielskiego, żeby jak najprędzej mieć możność opowiedzieć Anglikom (w tym wypadku) nasze przeżycia. Gdy w końcu po 1,5 roku dojechałam do Anglii i znałam na tyle język by rozumiano co mówię, nikt nie chciał mi (nam, bo więcej takich jak ja było) wierzyć. Pomyślałam sobie, że to akurat tak jak Rosjanie w Kazachstanie słuchając naszych opowiadań o życiu w Polsce pękali ze śmiechu, uważali to za fantastyczny kawał. Oczywiście nikt nie wierzył nam, ale ubaw mieli „po pachy”. Na ich doświadczenie życiowe to było za fantastyczne żeby było prawdziwe. Tak było z Anglikami, Amerykanami itp. Teraz jest inaczej , bo wielu z nich czytało różne książki - wspomnienia ludzi, którzy tego rodzaju rzeczy przeżyli, więc łatwiej im to sobie wyobrazić, choć to jeszcze dalekie od rzeczywistości.”
Dodam na koniec, że ciocia Jarka dotarła do Armii Andersa z którą, jako pielęgniarka w korpusie medycznym przeszła cały szlak bojowy. Była już uznana za zmarłą na tyfus, ale ktoś zobaczył, że jeden „nieboszczyk” się rusza i tak wróciła pomiędzy żywych. Pod Monte Cassino straciła narzeczonego. W Anglii poznała swojego przyszłego męża polskiego lotnika. Po wojnie wróciła do Polski i została lekarką podobnie jak jej młodsza siostra Isia.
|